Magdalena Kąkol

Szanowni Państwo,

Stoję teraz przed bar­dzo trud­nym zada­niem. Mam bowiem przed­sta­wić postać powszech­nie znaną i podzi­wianą, o któ­rej tyle już napi­sano, tyle powie­dziano i na któ­rej temat powstała nie­zli­czona ilość wier­szy, obra­zów i fil­mów. Wystarczy przejść się Krakowskim Przedmieściem, odwie­dzić Zamek Ostrogskich czy wstą­pić do Łazie­nek Królewskich, by prze­ko­nać się, że pamięć o niej wciąż żyje. Co wię­cej, w zeszłym roku odbyła się rekor­dowa liczba kon­cer­tów, festi­wali, wystaw i kon­fe­ren­cji, poświę­co­nych naszemu boha­te­rowi i jego muzyce. Świę­to­wa­li­śmy wtedy dwu­stu­le­cie jego uro­dzin, a każdy z Państwa wie, że mowa tu o Fryderyku Chopinie.

Dlaczego dziś, pod­czas tego wie­czoru, znów wspo­mi­namy naszego wybit­nego rodaka? Otóż wła­śnie jego imię noszą dwie war­szaw­skie szkoły, które zapre­zen­tują się na kon­cer­cie: Zespół Państwowych Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina i Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina. Różne miej­sca w Warszawie zade­dy­ko­wane zostały Chopinowi – mamy ulicę Chopina, Port Lotniczy im. Chopina, pomnik Chopina. Jednak szkoły muzyczne są tu szcze­gól­nie ważne. To w Warszawie Chopin odby­wał nauki. Uczęszczał naj­pierw do Liceum Warszawskiego, a potem do Szkoły Głównej Muzyki, któ­rej spad­ko­biercą stał się dzi­siej­szy Uniwersytet Muzyczny.

Wyobraźmy sobie… Lata 20. XIX wieku. Ulicami Warszawy bie­gnie roz­ba­wiony Fryderyk z grupą, nie­mniej roz­ba­wio­nych przy­ja­ciół. Tytus Woyciechowski, Wilhelm Kolberg, Jan Białobłocki to nie posta­cie z pożół­kłych kart pamięt­ni­ków, lecz pełni rado­ści życia mło­dzieńcy towa­rzy­szący Chopinowi w nie­zli­czo­nych zaba­wach. Gdyż Frycek, choć uczył się zna­ko­mi­cie i liceum ukoń­czył z pochwałą, uwiel­biał żarty i figle. W szkole ryso­wał kary­ka­tury, a z waka­cji w Szafarni prze­sy­łał rodzi­com dow­cipną gazetkę pod tytu­łem „Kurier Szafarski”.

Jednak nie tylko śmiech roz­brzmie­wał na pen­sji u Chopinów. Melodie wydo­by­wane z for­te­pianu przez małego Fryderyka potra­fiły wywo­łać u słu­cha­czy wiel­kie wzru­sze­nie, a nawet pobu­dzić do pła­czu. Jeden z pen­sjo­na­riu­szy Chopinów, Eustachy Marylski, tak pisał o muzycz­nych wie­czo­rach: „O zmroku, mając wolne chwile od nauki, opo­wia­da­li­śmy sobie wypadki z histo­rii pol­skiej, jak śmierć króla Warneńczyka, Żół­kiew­skiego, sta­czane bitwy przez wodzów naszych i to wszystko Chopin wygry­wał na for­te­pia­nie. Nieraz popła­ka­li­śmy się przy tej muzyce, a Żywny zachwy­cał się jego grą.” Z jesz­cze wcze­śniej­szego okresu pocho­dzi pierw­sza opu­bli­ko­wana recen­zja, recen­zja cho­pi­now­skiego „Poloneza g-moll”, dedy­ko­wa­nego Wiktorii Skarbek. „Kompozytor tego tańca Polskiego, mło­dzie­niec ośm dopiero lat skoń­czo­nych mający […] praw­dziwy geniusz muzyczny: nie tylko bowiem z łatwo­ścią naj­więk­szą i sma­kiem nad­zwy­czaj­nym wygrywa sztuki naj­trud­niej­sze na for­te­pia­nie, ale nadto jest już kom­po­zy­to­rem kilku tań­ców i waria­cji, nad któ­rymi znawcy muzyki dzi­wić się nie przestają”.

Magdalena Kąkol, stu­dentka UMFC